freelance

Z racji samej nazwy mojego bloga, zapewne spodziewacie się, że będę bronić korpo w każdej sytuacji. Otóż nie do końca. Piszę tego posta w trakcie mojego małego eksperymentu, który postanowiłam przeprowadzić przy okazji dodatkowego zlecenia, które akurat mi się trafiło. Jakby to było, gdyby taki korpo człowiek jak ja został freelancerem? Tak na jeden dzień… No bo w końcu – co może pójść nie tak?

Wybór miejsca do pracy

Oczywiście najgorzej jest zacząć. Moim zdaniem to największe wyzwanie związane z pracą w domu. Mimo, że pokusa pracy z łóżka jest olbrzymia, z pewnością nie jest to najlepszy pomysł. Dlatego każdy porządny freelancer w ramach psychologicznego zabiegu oddzielającego sferę prywatną od zawodowej, ma w swoim mieszkaniu wydzieloną strefę do pracy (a wiem, że są i tacy, którzy specjalnie w tym celu przebierają się w biurowe ciuchy mimo, że nikt ich nie widzi). Innym sposobem jest oczywiście całkowita zmiana scenerii i taką właśnie opcję wybrałam. Spakowałam do torby laptopa i udałam się do kawiarni.

Może ten open space nie jest jednak taki najgorszy?

Pamiętacie moje narzekanie na pracę na open space? Niestety kawiarnia okazała się niewiele lepszym rozwiązaniem (no dobra, pod względem efektywności okazała się jeszcze gorszym rozwiązaniem 😉 Na dłuższą metę z pewnością nie sprawdzi się też Starbucksowa kawa po 17zł (idąc tym torem myślę, że mam predyspozycje, żeby w ciągu dnia wydać więcej na żarcie niż udałoby mi się zarobić). Nie sprawdziła się też idea „to może popracujemy” razem ze znajomym, a tym bardziej wybór miejsca, gdzie podoba mi się niemal każdy facet 😀 Jak widzicie, początki bywają trudne, ale jeszcze się nie poddaję (szczególnie, że ostatecznie udało mi się wykonać wszystkie zaplanowane na dzisiaj zadania).

A zatem: czego zazdroszczę freelancerom?

  • Tego, że nie muszę tłuc się porannym, zatłoczonym metrem.
  • A w zamian, mogą wykorzystać ten czas na zrobienie porządnego śniadania, które składa się z czegoś więcej niż z bułki z polędwicą sopocką.
  • Nie muszą brać urlopu, żeby załatwić najmniejszą pierdołę na mieście.
  • Że doświadczają luksusu dziennego światła także poza sezonem czerwiec – wrzesień. (Za to ja, przyzwyczajona do tego, że zazwyczaj jest ciemno jak w d… w dzień czuję się trochę jak dzieci z The Others albo jakiś inny wampir…)

Oczywiście to jeszcze nie pora na zmianę nazwy mojego bloga z corporedheada w redheadfreelancerkę. Jutro grzecznie pójdę do swojego biura – z pewną kasą, darmowym multisportem i sztywno wyliczonymi dniami urlopowymi, podczas których na 100% nie zadzwoni do mnie zniecierpliwiony klient. Uważajmy natomiast zarówno na falę hejtu na tych, którzy „sprzedali się korpo”, jak i na „leniwych” freelancerów. Zawsze powtarzałam, że nie ma jednego sposobu na karierę, który sprawdza się u wszystkich. Teraz myślę, że nie ma też jednego sposobu, który będzie sprawdzał się u tej samej osoby zawsze i wszędzie.