jason male

Zarówno jako bloger, jak i osoba, która na co dzień z blogerami współpracuje, uznałam że najnowszy poradnik dla początkujących influencerów autorstwa Jasona Hunta „Social Media START” to pozycja, której po prostu nie wypada mi nie znać.

No to ma rację czy nie?

Sęk w tym, że nie wiadomo. Wbrew pozorom, jest to najważniejsze przesłanie tej książki. Czytając ją, w kilku fragmentach znajdziesz odniesienia do wcześniejszych rad, pochodzących z poprzednich publikacji czy z bloga, które z biegiem czasu okazały się nietrafione (albo po prostu się zdezaktualizowały). Wynika z tego ważny wniosek dla wszystkich, którzy tworzą w internecie – to, że coś działa dla nas dzisiaj, dając wyświetlenia, lajki czy komentarze, nie znaczy, że będzie działało zawsze. Co prawda, nie do końca jestem przekonana do zakładania kont na wszelkich możliwych platformach, na wypadek gdyby w przyszłości miały okazać się mega popularne. W 100% podpisuję się jednak pod tym, że trzeba trzymać rękę na pulsie i śledzić trendy na bieżąco, żeby czymś takim nie dać się zaskoczyć. A przede wszystkim trzeba mieć jaja, żeby przyznać się samemu przed sobą do tego, że nie miało się racji – i za to wielki plus dla autora książki.

Bardzo spodobał mi się także pomysł wykorzystania wypowiedzi innych b/vlogerów, które stanowią fajne uzupełnienie w przypadku kwestii, do których Tomek nie jest w 100% przekonany (np. Snapchat czy Vine).

Dobry start

„Siądź i napisz trzydzieści tekstów. Jeśli poświęcisz na to zaledwie pięć godzin dziennie, powinieneś wyrobić się w dziesięć dni.”

W pierwszych dwóch tygodniach istnienia mojego bloga popełniłam duży błąd – wydawało mi się, że sam fakt jego powstania już zasługuje na owacje na stojąco, a przynajmniej na wielkiego lajka. Tak więc zaprosiłam sporą część znajomych do polubienia świecącej pustkami strony z wpisem powitalnym (którego tworzenie jest zresztą całkowicie odradzane przez J.H.), prawdopodobnie bezpowrotnie tracąc szansę na ich ponowną wizytę. Co do tego pisania „na zapas” do nieistniejącej jeszcze społeczności, niestety łatwiej powiedzieć, niż zrobić – no ale (co jest także podkreślane w książce nie raz), tworzenie sobie wymówek nikogo jeszcze daleko nie zaprowadziło. Rozwiązaniem problemu tworzenia na początku „dla nikogo” może być także wspomniany w dalszej części książki recykling treści, czyli ich ponowne wykorzystanie za jakiś czas.

(Nie)autentyczny bloger

W pierwszej części książki znajdziesz listę mitów, które krążą wśród blogerów – zwłaszcza tych początkujących. Jeden z nich nie daje mi spokoju – ten o autentyczności blogera właśnie.

„Nie ograniczaj się koniecznością bycia wiarygodnym, prawdziwym, bo nikt tego od ciebie nie ma prawa żądać. (…) Nie potrzebujemy autentyczności. Nie interesuje mnie, czy Twoje jajko sadzone wrzucone na Instagram zostało zrobione przez ciebie, czy przez sztab ludzi, którzy w pocie czoła fotografowali je przez ostatnie dwa tygodnie. Jeśli mnie to zainteresuje, zostanę i zajrzę do ciebie też jutro. A kiedy będę chciał autentyczności – sam sobie takie jajko usmażę.”

Słowa „prawdziwy”, „wiarygodny” i „autentyczny” różnią się pewnymi niuansami w znaczeniu. Jak dla mnie, wspomniane jajko z Instagrama może sobie być nawet plastikowe (czyli nie musi być prawdziwe), ale nie może być tego widać (musi być wiarygodne i ma inspirować odbiorców, żeby chociaż spróbowali zrobić podobne), a już na pewno nie powinien go publikować weganin (bo ma być autentyczne).

Bezludna wyspa i kasirysiki

Książka opiera się na metaforze bezludnej wyspy, na której rozbitek/ bloger stawia i rozwija kolejne chatki. To ciekawy motyw łączący wszystko w jedną opowieść i bardzo trafne porównanie, ale na litość boską – czytelnik zrozumiałby je również bez zajmujących całe strony wywodów na ten temat i zdecydowanie zbyt licznych cytatów z książek o rozbitkach. W książce znajdziesz oczywiście opisy przydatnych narzędzi (np. do automatyzacji publikacji w mediach społecznościowych), ale proporcje metafor i dygresji do faktycznych porad nie do końca mi odpowiadają.

Z kolei, bardzo przypadło mi do gustu to, że Tomek w swojej książce zwraca się bezpośrednio do czytelnika. To prosty zabieg stylistyczny, który sprawia, że książkę bardzo łatwo się czyta. Ta książka to taka rozmowa z czytelnikiem, która skłania do większej refleksji nad tym, jak te wszystkie porady odnoszą się bezpośrednio do jego strony. O tym pisaniu “na Ty” Tomek wspomina przy wskazówkach dotyczących tworzenia newslettera. Jednak myślę, że jest dobra praktyka także podczas pisania bloga w ogóle.

Uzupełnieniem książki są cudowne kasirysiki, które wykonała Kasia Gandor. Dzięki nim ta książka jest najzwyczajniej w świecie ładna. (Na marginesie wspomnę, że Kasia jest moim zdaniem także absolutnym mistrzem, jeśli chodzi o blogowanie). Fajną opcją jest także to, że po zamówieniu książki mamy do dyspozycji także wersje w formie ebooka.

kasia

Mam problem z jednoznacznym określeniem, kto właściwie z tej książki może skorzystać najbardziej. Z jednej strony zawiera ona sporo porad dla tych, którzy założenie bloga dopiero planują (np. jak wykupić domenę), a z drugiej – część wskazówek (jak chociażby wspomniana automatyzacja zarządzania social mediami czy spędzanie wielu godzin dziennie na działaniu w sieci), jest najbardziej adekwatna dla osób, które są już na tyle popularne, że prowadzenie bloga jest dla nich zajęciem full-time.

Podsumowując, dla mnie jest to książka, w przypadku której nie ze wszystkim trzeba się zgadzać, ale warto ją przeczytać, chociażby po to, żeby sobie ten fakt uświadomić.