lizaki

Zgodnie z rekomendacją znajomych Włochów, na wycieczkę do Rzymu wybrałam się w połowie maja. Planowałam opisać swoje wrażenia w skrócie, ale niestety nie jest to możliwe, bo tak jak wspomnieli nasi gospodarze (Luca i Marilla z Abaco B&B) – nawet po wielu latach w tym mieście, wciąż odkrywa się w nim coś nowego. Przed wyjazdem, o Rzymie słyszałam wiele opinii. Czy okazały się prawdziwe?

Zwiedzanie

Moje podejście do zwiedzania jest trochę nieprzewodnikowe – o wiele bardziej lubię poznawać miasto przez spacery po klimatycznych uliczkach czy odwiedzając lokalne stragany. Dlatego bardzo spodobało mi się, że w Rzymie znaczącą część zabytków można zobaczyć „z ulicy”.  W zasadzie to całe miasto jest jednym wielkim zabytkiem, w który współcześni mieszkańcy (często z komicznym skutkiem) wplatają swoje codzienne życie. Wieczorny jogging wokół antycznych ruin czy gay- friendly, tęczowy bar pod samym Koloseum? Proszę bardzo! Swoją drogą, bardzo polecam taki wieczorny spacer po mieście – szczególnie w ciągu tygodnia, kiedy ulice są puste. Kiedy w kompletnej ciszy spacerujesz uliczką, żeby ni z tego, ni z owego natknąć się na przypadkowy kilkusetletni (żeby tylko!) zabytek, poczujesz charakter miasta w sposób o wiele bardziej autentyczny niż podczas lektury nawet najlepszego przewodnika.

Znaczna część  miejsc jest do zwiedzania za free – dotyczy to oczywiście zabytkowych fontann  i placów, sporej części kościołów, niektórych zabytków (np. Panteon czy Bazylika św. Piotra + groty). Moja ulubiona fontanna to – chyba mało oryginalnie – Fontana di Trevi, którą oglądałam ze wszystkich stron w dzień i w nocy oraz te znajdujące się na Piazza Navona.

di trevi

navona

Zdarzają się także darmowe wystawy – Przykładowo taka: o wykorzystaniu motywu wody w sztuce i w modzie.

woda

Całkowite koszty poniesione na całotygodniowe zwiedzanie to 12 euro za wstęp do Koloseum, Forum Romanum i Palatynu i 16 euro za Muzea Watykańskie.

forum romanum

Pierwsze warte swojej ceny, drugie hm… Szczerze, gdyby była możliwość wolałabym bilet do samej Kaplicy Sykstyńskiej .  Samo muzeum to przekleństwo dla artystów, których dzieła się tam znajdują – niedostrzeżone wśród miliarda podobnych rzeźb, których zwykły śmiertelnik, taki jak ja nawet nie potrafi przypisać do właściwej epoki, a tym bardziej nie ma czasu na obejrzenie wszystkiego. A do tego, po dramatycznej próbie wydostania się z niekończących się, dusznych korytarzy do tej pory mam traumę. Dla zobrazowania sytuacji – fragment sufitu jednego z pomieszczeń:

vatikani

Kaplica Sykstyńska to natomiast mistrzostwo. Niestety zdjęć nie ma, bo wbrew zakazom robią je tam tylko Japończycy i polska cebula. Swoją drogą czy wiedzieliście, że Michał Anioł miał schiza, że jego konkurent Rafael chciał wrobić go w praktycznie niewykonalne zadanie tylko po to, żeby mieć satysfakcję z wielkiego fuck upu?

Pod każdym z płatnych zabytków czyhają stada krwiożerczych przewodników, którzy za podwójną stawkę oferują ominięcie kolejki (przy okazji kilkukrotnie zawyżając szacowany czas oczekiwania we wspomnianej kolejce, dla dodania dramatyzmu. Nie wierzcie im!), a co jakieś 3m stoi przedsiębiorczy młodzieniec z kijem do selfie za 5 euro (po 5453 razie wewnętrznie przyznałam przed samą sobą, że chciałabym, żeby sobie tego selfie sticka wsadził nie powiem gdzie).

Jedzenie

Na temat cen jedzenia chyba słyszałam najwięcej mrożących krew w żyłach historii. Oczywiście to nie pora na dogłębną ekonomiczną analizę parytetu siły nabywczej i indeksu Big Maca (Zresztą kto je w Rzymie Big Maca?!). Umówmy się – tanio nie jest, ale bez przesady. Woda po 2-3 euro za małą butelkę to moim zdaniem mit. Zapas na cały tydzień kosztował mnie 60 centów – za pierwszą butelkę, uzupełnianą na bieżąco wodą ze źródełek (Patrz: Apka ze źródełkami).

zrodla plus pizza

Mówi się, że najlepiej jeść tam, gdzie jedzą Włosi, a nie turyści. Uważam, że to nie jest reguła. Zdarzył się zarówno masakryczny makaron zrobiony przez rodzimego, osiedlowego Włocha, jak i wspaniała pizza nad położonym kilkadziesiąt kilometrów pod Rzymem jeziorem Lago di Bracciano.  Tam praktycznie nikt nie mówi po angielsku, więc sądzę, że turystów mają gdzieś. (No ok. może czasem jacyś się zdarzają – w końcu Tom Cruise i Katie Holmes brali tam ślub).

jezioro

Szczerze mówiąc, jedzenie trochę mnie rozczarowało. No ok, nie można o nim nic złego powiedzieć, ale oczekiwałam jakiegoś porządnego food expierence. Sytuację ratują lody (o ich cenach też słyszałam jakieś dziwne legendy). Opcja 3 gałki za 2 Euro na Zatybrzu to absolutny ideał. Mit o cenie kawy przy stoliku przewyższającej kilkakrotnie tę przy barze też nie został potwierdzony. Normą jest natomiast dodanie do rachunku 1-2 euro za serwis.

Włosi jeżdzą jak pojebani

Prawda! Urwane lusterka i porysowana karoseria to norma. Mimo agresywnej jazdy kierowców, tragiczna synchronizacja świateł zmusza do przechodzenia na czerwonym świetle. Wszędzie. Zawsze. Włosi preferują skutery, które w tamtejszym klimacie są bardzo praktycznym pomysłem.

Jeśli chodzi o turystów, poruszanie się po mieście pieszo to jednak najlepsze rozwiązanie – po pierwsze ze względu na wspomniane wcześniej możliwości zwiedzania na każdym kroku, jak i wysokie ceny biletów komunikacji miejskiej (i mało zachęcający komfort jazdy – szczególnie metrem). A przede wszystkim to okazja do spalenia zapasowych kalorii z makaronu i pizzy.

Czy było drogo? A może tłoczno i głośno? Nie bardziej niż w jakimkolwiek innym mieście, które ma coś do zaoferowania turystom. Na przykład tak (Villa Borghese):

borghese

Na pewno jednak mogę powiedzieć, że było pięknie…